Strona Piotra Szymanika

Strona w 100% o pstrągach

 

 Sezon 2003 

 

11 styczeń: Pierwszy wyjazd.

Trzygodzinne podchody miedzy godziną 12 a 15 nie przyniosły żadnego rezultatu. Brzegi rzeki mocno oblodzone, ale spadająca woda powodowała obrywanie lodowych nawisów. Być może trzeszczące i łamiące się lody skutecznie płoszyły ostrożne pstrągi, po za tym rzeką płynęło dużo zgniłych liści. Następny wyjazd może będzie lepszy.

 

 

14 styczeń. 

Myśleliśmy, że zdążymy przed większą wodą po nocnej odwilży, jednak się nie udało. Woda wzrosła nieznacznie ale mocno się zmąciła, a pstrągi nie lubią pośniegowej wody. Tak więc znów na zero i bez brania.

 

17 styczeń. 

Do trzech razy sztuka, tak sobie wmawialiśmy po dotarciu nad wodę. Pogoda była piękna, pełne słońce i zero chmur. Temperatura lekko na plusie więc łowienie było czystą przyjemnością. Woda była wysoka ale na tym odcinku to dobry stan dla pstrągów. Przed południem zaczęły nas nachodzić chwile zwątpienia czy w końcu coś stuknie. Jednak o 12'02 czar bezrybia prysnął, tato ma pierwszego pstrąga sezonu 48cm. Do końca odcinka już nic więcej się nie działo. W samochodzie krótka narada gdzie robimy dogrywkę. Została nam godzinka łowienia ale i obrany odcinek nie był zbyt długi. Omijając przedostatnie bardzo ciasne miejsce w krzakach staje na ostatnim miejscu za krzakami. W to opuszczone przeze mnie miejsce wszedł po chwili tato i... wytargał z moja pomocą przy lądowaniu pstragala 50cm. Było to o 16'05. Piękne zakończenie dnia!!! Zrobiliśmy sporo fotek ale trzeba będzie na nie jeszcze poczekać. Przybył więc nowy pstrąg do parady rekordów.

 

 Pierwszy pstrąg sezonu - 48cm.

 

Drugi pstrąg sezonu - 50cm.

 

50cm

 

Niezły dublet 50cm i 48cm.

 

20 styczeń.

Woda od poprzedniego wyjazdu znacznie spadła i wyczyściła się. Świeciło piękne słońce, temperatura na plusie i czasem trochę silniejszy wiaterek. Dosyć szybko tato ma branie i po holu z dużej odległości wyciąga pstrąga 43cm. Ja jakiś czas później także mam branie, ale mój nie chce powtórzyć drugi raz. Wieczorem na godzinnej dogrywce już nic się nie dzieje.

 

43cm

 

26 styczeń.

Czy tym razem w końcu coś złowię? Po przyjeździe nad rzekę widzimy, że przez noc woda spadla o 20cm i dalej spada co nie wróży nic dobrego. Przez półtory godziny nic się nie dzieje, ale ta długo wyczekiwana chwila musiała nastąpić. O 10'35 mam mocne uderzenie, a moja reakcja jest podobna. Pstrąg mocno młynkuje i nawet dwukrotnie wyskakuje ponad wodę, jednak w pełni skoncentrowany nie daję mu szans. Ma 38cm, a wziął na woblera długości 5,5cm koloru złoto-czarnego z brokatem. Do końca dnia już nic się nie działo. W czasie naszych łowów woda spadła następne 20cm co mogło być przyczyną braku żerowania pstrągów.

 

Mój pierwszy w tym sezonie.

 

28 styczeń. 

Przejaśniające niebo skłoniło nas aby pojechać dziś na ryby. Sprawdziłem jeszcze o 11'35 dane na IMGW i okazało się, że w nocy na pogórzu nieźle polało, więc dzisiaj będzie  ostatni dzień dobrej wody. I tak było woda już spora, ale jeszcze dobra. Od godziny 13 do 16'30 zaliczyliśmy po jednym pstrągu ja 36,5cm, a tato podwymiarka. Przez cały czas nieźle targał nami wiatr, a wieczorem zaczął padać deszcz.

 

2 luty.

Wody na Kwisie i Bobrze duże więc postanowiłem zrobić krótki rekonesans po okolicznych siurkach. Tym razem nad wodą byłem solo bo tatę jakoś nie rajcują te mini rzeczki. Nad wodą byłem przed 11, a skończyłem o 13'30 bo chciałem wrócić na Małysza. Efekt połowu był do przewidzenia "zero", ale przynajmniej na oglądałem się pięknej ośnieżonej okolicy. Odwiedzę je powtórnie jak wiosna przyjdzie na dobre, a nieliczne pstrągi nabiorą ochoty do żerowania.

 

4 luty.

Nad wodą zjawiamy się przed 11. Po mokrych brzegach widać, że nocą szła większa woda, która spadła już jakieś 15cm. Czystość wody także nie zachwyca, ale skoro już jesteśmy to do boju. Pierwsze dwie godziny, to kompletna cisza. Wszystkie ciekawsze miejsca dokładnie obławiamy kilkoma woblerami. Dopiero o 13'05 tato zacina pstrąga 37cm w miejscu, w którym łowiłem przed nim. Po dojściu do samochodu zerkamy na wskaźnik (patyk wbity w brzeg) poziomu wody i widać, że woda spadła kolejne 10cm. Postanawiamy zmienić odcinek. Jednak i na nowym odcinku więcej brań już nie mieliśmy.

 

9 luty.

Nad wodą zjawiamy się o 10'30, trochę późno jak na niedzielę. Ten wyjazd także należy zaliczyć do nieudanych, ale były dwa akcenty warte podkreślenia. Pierwszy to potężne branie jakie miał tato, ale powtórki już nie było, a drugi to wymiarek, który spadł mu już pod nogami. Ja tego dnia bez brania. Po za tym same straty: trzy urwane woblery i trzy połamane stery. Ciekaw jestem kiedy sobie dobrze połowimy? A może tego pstrąga już niema tak wiele jak kiedyś?

 

15 luty.

Wyruszamy skoro świt, aby wszystkich wyprzedzić. Po drodze jednak musimy pomóc poszkodowanym w wypadku samochodowym. Gościu przyhamował mocniej, aby sprawdzić czy nie jest ślisko no i wylądował w rowie. Z lekkim opóźnieniem zjawiamy się nad wodą jako pierwsi. Woda dosyć niska, ale mętna  i zielonkawego koloru. Jeszcze 3,5 kilometra piechotką w górę rzeki i zaczynamy łowić. Dopiero o jedenastej tato ma pierwsze branie na środku rzeki, jednak nie powtórzył drugi raz. Może spłynął w dół po braniu? Mijam gęste krzaki i staję w miejscu jakieś 50m niżej. Rzucam prostopadle do przeciwległego brzegu i jeszcze wobler dobrze się nie zanurzył, a już mam na środku lekkie przytrzymanie. Jednak zacięcie nieskuteczne, bo wędka wraz żyłką, w chwili brania, tworzyły jeszcze linię prostą. Wykonuję kolejne rzuty i nagle mocne łup. tym razem to on sam się powiesił. Gdy przewinął się pod powierzchnią zauważyliśmy szeroki błysk i zaraz oceniliśmy go na ponad 50cm, choć tato stał na drugim brzegu. Sporo czasu minęło zanim go wyciągnąłem na brzeg, bo siły miał nadspodziewanie duże. Okazało się, że nie jest wcale taki duży tylko bardzo gruby jak na zimowe warunki. Był we wspaniałej kondycji, a mierzył tylko 47cm. Być może skubnął on też tacie, ale mi o tym nie powiedział bo nie był pewien. Troszkę się rozpisałem więc na tym zakończę, bo więcej brań już nie było.

 

47cm.

 

22 luty.

Kolejny wyjazd, w którym mamy tylko dwa brania, ale tym razem na trzech łowiących. Tym trzecim był Maciek F. Ja i Maciek łowiliśmy razem, a tato pojechał trochę niżej. Na obłowienie odcinka daliśmy sobie 5,5 godziny. Woda niska i czysta, słońce pięknie grzało tylko niestety bez brania. W sumie sporo czasu przegadaliśmy na temat  naszych ulubionych rybek, bo po raz pierwszy ze sobą łowiliśmy. O 15 przyjechał po nas tato. Spodziewaliśmy się, że coś złowi i nie zawiódł nas. Złowił jedynego pstrąga o długości 47,5cm. Postanawiamy rozegrać jeszcze krótką dogrywkę, którą to ja wygrywam jednym skubnięciem pstrąga. Do domu wracamy trochę szybciej aby zobaczyć jak nasz Adam zostaje Mistrzem Świata!!!

 

47,5cm.

 

26 luty. 

Ten wjazd był podobny do poprzedniego. Nad wodą pojawiliśmy się o 9'00, słoneczko pięknie grzało, a mróz szybko ustępował. Razem z Maćkiem schodziliśmy w dół rzeki, a tato pojechał na kolejny odcinek.  Zaczynamy bardzo dokładnie, metr po metrze i po pięćdziesięciu minutach jest tego efekt. Maciek łowi niewielkiego pstrąga 34cm, szybka fotka i wraca do wody. Później trochę przyspieszamy, bo nie zdążymy na umówioną godzinę. Po drodze namierzamy jeszcze wielkiego klenia (ok 55cm), ale on jest sprytniejszy od nas. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do taty. Gdy dojechaliśmy na miejsce właśnie skończył łowienie. W odpowiedzi na zadane pytanie "i co?" rozłożył tylko dłonie na 50cm i dodał "zwiał". Łowimy jeszcze w kilku ciekawszych miejscach, ale bez efektu. Tak więc Maciek z rybą , tato z braniem, a ja na zero. Po tego byczka jeszcze wrócimy...

 

1 marzec. 

Minęły dwa miesiące i jak do tej pory nie działo się zbyt wiele. Coś gdzieś wyskoczy, ale dwa brania na dwie osoby to max. Tato tym razem jakoś nie miał ochoty na wyjazd, ale gdy zobaczył jak się pakuję to coś w nim się przebudziło i w końcu pojechaliśmy razem. Zaczynamy o 11'30, woda niska i bardzo czysta, a niebo całkowicie zachmurzone. Będą gryzły w tych warunkach? A guzik. Przez pięć godzin skradliśmy się po chaszczach, że aż plecy bolą i nawet rybiego ogona nie zobaczyliśmy. Miłym akcentem dzisiejszego dnia były świergoczące skowronki, które już powróciły. Czy u was też taka kicha z rybami jak u nas? A może to my nie umiemy łowić? Chyba przestanę opisywać następne wyprawy bo wstyd pisać o naszych beznadziejnych wynikach.

 

4 marzec. 

Trudno mi zacząć pisać bo wyjazd był dosyć skomplikowany. Niezbyt wczesnym rankiem zjawiamy się nad górnym Bobrem. Woda dosyć niska, ale niezbyt czysta i wyraźnie widać jej spadek, to znak że chłopcy z Pilchowic bawili się w nocy kurkami. Trzy godziny łowienia przyniosły tylko (aż) jedno branie pstrąga o długości 43,5cm, który zasmakował taty woblera. Postanawiamy jechać na Kwisę, bo ciągle spadająca woda w Bobrze nie przyniesie chyba już nic więcej. Ponad godzina jazdy i jesteśmy nad Kwisą, po drodze zabraliśmy Maćka ze Szprotawy. Nad Kwisą kolejna niespodzianka, woda podmącona i idzie lekko w górę. Skąd ten przybór wody, zbiorniki już spuszczają? Idziemy dwoma brzegami i obławiamy każde ciekawe miejsce. Po pewnym czasie chyba miałem branie, ale powtórki już nie było. Kiedy doszedłem do kawałka ciekawszego brzegu ostrzegłem wszystkich, że w tym miejscu pstrągi zwykle nie zawodzą. No i nie myliłem się. Na spuszczanego z prądem woblera skusił się pstrągal 37,5cm, który z powodu swej chudości (zamknęła mi się na nim dłoń) wrócił do wody. Kiedy doszedłem do następnego ulubionego miejsca już nie zdążyłem ich ostrzec. Tym razem jest 33cm i też wraca do wody, bo skoro puściłem większego, to nie wezmę mniejszego. Na koniec tato ma jeszcze lekkie puknięcie. W zapadających ciemnościach przeprawiamy się jeszcze z wielkim trudem przez przybierającą wodę i kończymy łowienie. Maciek niestety bez brania. Ostatnie lamenty chyba poskutkowały.

 

43,5cm.

 

16 marzec. 

Tym razem byłem na łowisku zapasowym ponieważ w Kwisie i Bobrze woda jest zbyt duża. Woda lekko trącona, ale rzeczka nie jest zbyt głęboka więc widać prawie wszystko co znajduje się na dnie. Od 10'30 do 13'00 łowiło się bardzo przyjemnie, później wpakował się przede mnie jakiś miejscowy i musiałem mu odpuścić. Wróciłem do punktu wyjścia i już do wieczora chodziłem po górnym odcinku. Nawet mi nie szkoda, że nic nie brało bo otaczająca mnie piękna przyroda wystarczała w zupełności. Pojawił się pierwszy motylek, wyrosły kępki śnieżyczek... i dorwałem jednego kleszcza. W poprzednich latach o tej porze pstrągi już pięknie tu gryzły, ale w tym roku zima się trochę przedłuża. Wrócę tu podczas rójki chruścików.

 

Piękne przewężenie.

 

 W bezdrzewnym terenie tylko na kucaka.

 

22 marzec. Po emocjach związanych ze skokami Małysza musiałem gdzieś odreagować. Wspólnie z kuzynem odwiedziliśmy jeden podgłogowski siurek. Dwie godziny popołudniowego spaceru skończyło się na zakładanym wyniku czyli remisie 0:0.

 

23 marzec. Tym razem na poważne. Nad wodą pojawiamy się trochę zbyt późno bo przed nami przyjechały już dwa samochody. Postanawiamy jednak zrobić jeden odcinek obławiając tylko ciekawsze miejsca. Ktoś jednak zrobił to już przed nami więc u nas bez brań. Na brania z pewnością też miała niekorzystny wpływ mocno spadająca woda. Chwilka odpoczynku i jedziemy na kolejny odcinek. Ja idę w dół, a tato w górę. Po pewnym czasie z drugiej strony dogonił mnie drugi, u którego też była cisza, a dalsze jego starania zakończyły się na zero. U mnie przydarzył się jeden, ale tylko podwymiarowy. Tato zaliczył dwa podobne pstrążki i jedno ciekawe branie. W sumie dzisiejszy dzień przypominał nalot wielu wędkarzy na biedne pstrążki, podobnie jak USA na Irak, z efektami jak na razie nadal niezadowalającymi.

 

28 marzec.  Tym razem to tato był sam. Nad wodę zajechał koło południa.  Woda w rzece była lekko podwyższona i trącona. Po przejściu pierwszego odcinka zaliczył jednego wymiarka 31cm i jednego maluszka. Na drugim odcinku złowił ładnego pstrąga 44cm i miał jeszcze jedno branie. Wszystkie brania miał na 6cm pomarańczowego woblera.

 

30 marzec. Wygląda na to, że pstrągi zaczęły już dosyć dobrze gryźć. Już poprzedni wyjazd wskazywał na poprawę żerowania pstrągów. Woda zrobiła się cieplejsza i ma obecnie 7oC, a przy tej temperaturze apetyt znacznie wzrasta. Odcinek obławialiśmy w trzech razem z Maćkiem. Tato szedł sam, a my razem. Już na samym początku tato zaliczył wyjście przyzwoitego trzydziestaka i jedno branie. Chwilę później i mi wyskoczył do obrotówki taki około 30cm, ale tylko ja puknął. Kolejne branie znowu było u taty, a efekt to 41cm. Kawałek dalej łowi krótkiego. Później dłuższy czas była cisza. Następnie ja zaliczam branie, a Maciek wyjście trzydziestaczka. Gdy już tato chciał zawracać do samochodu namówiliśmy go aby wszedł jeszcze na zwalisko drzew i obrzucał przy nim wielką dziurę. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po pierwszym rzucie ujrzeliśmy fontanny wody pod jego nogami. Z wielkiej dziury wyskoczył jemu pstrąg za woblerem do samej powierzchni i miał problemy z jego podebraniem. Cała akcja trwała ze dwie minuty zanim zszedł z drzew i wyciągnął go z wody. Całkowicie srebrny pstrąg bez czerwonych kropek, tylko w same czarne, miał 46cm. To było piękne zakończenie dnia.

Poniżej seria zdjęć z holu tego 46cm.

I już go ma

 

I oba razem 46cm i 41cm

 

 

07 kwiecień. Ja już mam dosyć tej cholernej zimy! Gdy po pierwszych ciepłych dniach woda ociepliła się do 7 stopni, to i pstrągi zaczęły już fajnie gryźć. Na szczęście wiatry i śnieżyce trochę ucichły więc coś nas wygnało z domu. Zaczęliśmy łowić po godzinie czternastej schodząc jednym brzegiem w dół rzeki. Już z pierwszego miejsca wyciągam pierwszego ledwo wymiarka, który zaraz wraca do wody. Taki dobry początek zawsze u nas wróży nieciekawe zakończenie. Tak więc dalsze pięć godzin łowienia zakończyło się na jeszcze dwóch malcach złowionych przeze mnie i całkowitym braku brań u taty. Temperatura wody po ostatnich mrozach i opadach śniegu wynosiła tylko 3 stopnie i zapewne dlatego pstrągi słabiej gryzły.

 

10 kwiecień. Nad wodą ponownie jesteśmy przed czternastą, a pięć godzi w zupełności wystarczy na obłowienie zaplanowanych odcinków. Tato idzie na odcinek powyżej mostu, a ja schodzę do następnego, na którym się spotkamy. Pogoda była dobra, bezwietrzna, dosyć ciepło i pochmurno z większymi przejaśnieniami. Bardzo się starałem aby coś skusić, ale się nie udało. Znalazłem jedynie nową, aluminiową, składaną podpórkę pod wędkę po jakimś gumofilcu. Tato na swoim odcinku zaliczył jednego 35cm, który ze względu na swoją chudość, spowodowaną zbyt długą zimą, wrócił do wody. Oprócz tego miał jeszcze malca i jedno branie. Zastanawiamy się czy wracać już do domu czy jeszcze może jakaś krótka dogrywka. Robimy dogrywkę na kolejnym odcinku i tu wielkie zaskoczenie. Na pierwszych trzech miejscach zaliczamy kontakty z pstrągami, niestety tylko małymi. Dalsza godzina łowienia już bez efektów.

 

21 kwiecień. Postanowiliśmy przerwać świąteczną nudę i udać się na krótki popołudniowy rekonesans. Trzy godzinki łowienia przyniasły mi jednego niewielkiego wymiarka 32,5cm (wypuszczony), a tato zaliczył: jednego malucha, wyjście wymiarka i branie.

 

18 kwiecień. Poruszeni dogłębnie wiadomościami ze środowych wyczynów Maćka, postanawiamy jechać na ryby z samego rana. Jednak nasze nadzieje szybko prysnęły wraz z pierwszym podmuchem zimnego wiatru i deszczu ze śniegiem prosto w twarz. Po cieplutkim początku tygodnia w nocy przyszło załamanie pogody i chwilowy nawrót zimy. Palce grabiały, kołowrotki tężały i ryby gryźć nie chciały. Jedynie tato zaliczył jedno branie. Przewiani i przemarznięci uciekliśmy znad wody jeszcze przed godziną piętnastą.

 

25 kwiecień. To był baaaardzo nuuudny dzień. Łowić zaczęliśmy ok 13'30, woda podwyższona i mętna więc może będą gryzły. Przygrzewające słońce bardzo szybko nas rozleniwiło i spowodowało, że zaczęliśmy przysiadać w co ciekawszych miejscach. Brak jakiejkolwiek reakcji ze strony pstrągów na nasze woblerki powodował coraz większą senność więc o 17'30 pojechaliśmy do domu.

 

27 kwiecień. Popołudniu wybrałem się na krótki wypad na podgłogowskie siurki. Najpierw padło na pewien dopływ większego siurka. Ponad godzinny spacer nad rzeczką o szerokości 2-2,5m przyniósł mi trzy maluszki, jeden miał nawet 27cm. Później objeździłem cała okolicę i pozaglądałem tu i ówdzie bez wędki. Manewry po polach zakończyły się na... wyciąganiu auta z rowu. Na szczęście brak jakichkolwiek uszkodzeń. Całe szczęście, że do Głogowa tylko kilkanaście kilometrów więc kumpel szybko do mnie przyjechał. A wieczór tak pięknie się zapowiadał, przestało padać i pojawiło się sporo brązowych jętek.

 

04 maj. Zaczynamy ok godziny 8'30, woda czyściutka i dosyć niska, a nad wodą miliony rojących się chruścików. Schodząc w dół rzeki zaliczyliśmy razem cztery brania. Mnie zwiał duży pstrąg być może nawet 50cm, wyskoczył malec i jedno skubnięcie. Tato zaliczył wyjście wymiarka pod 40cm. Od godziny 12'00 obławiamy kolejny odcinek, ja górną część, a tato dolną. Tutaj jednak już nas dwóch ubiegło. Tato jednak złowił małego honorowego  wymiarka 30,5 cm, który odzyskał wolność i zaliczył wyjście sporo większego. Od 15'30 łowiliśmy na kolejnym odcinku ale już bez jakichkolwiek efektów. Słońce nam przypiekło i o godzinie 17'00 mieliśmy już dosyć.

 

06 maj. Tym razem nad wodą był tylko tato. Ja odrabiam staż w firmie i czasu na rybki prawie nie mam. Nad wodą pojawił się w samo południe, a skończył trzy godziny później z potrójnym zerem czyli zero brań wymiarków, zero brań malców i zero pozostałych niezidentyfikowanych brań. Spotkany nad wodą kumpel  także bez efektów. Woda była niska i czysta, a z nieba lał się słoneczny żar.

 

11 maj. Dzisiaj zwiedziliśmy naprawdę kawał wody. Z połowów na chrusta w jednej z lubuskich rzeczek nic nie wyszło, bo wody prawie w niej nie ma, no i zakaz wstępu do lasu z powodu suszy, a trzeba zaparkować przy leśniczówce. Na Kwisie woda po spuszczeni zbiornika już się czyści, ale jak to się odbiło na wylęgu pstrąga, to się okaże za kilka lat. Również niewiadomo czy doszło do tarła lipieni, bo syf płynął kilka tygodni. A dzisiejsze wyniki to kleń 42cm, okoń ok 20cm, 4 ukleje na suchą i zaliczyliśmy bo braniu wymiarowych pstrągów.

 

Majowa Kwisa

 

18 maj. To był dzień pstrąga! Nad wodą jak zwykle jesteśmy ostatni czyli o 10 rano. Na szczęście zaplanowany odcinek jest nie obstawiony. Woda w Kwisie po spuszczeniu zbiornika już się oczyściła, ale widać, że dopiero co spadła po ostatnich opadach. Zakładamy obrotówki i pod prąd. Tato oczywiście zapomniał swego pudełka z blachami więc dwie mu pożyczyłem. Wyjść mamy dużo. Mnie na samym początku spada spory trzydziestak, a tato ciągnie malca za malcem. W samo południe zaliczyłem ładnego grubaska 43,5cm, a następnie tato puszcza dwa 30,5 cm i 31cm oraz spadają mu dwa wymiarki. Na koniec jeszcze ja łowię trochę ponad 30 cm, ale tego niestety muszę zabrać bo blachę łyknął aż do przełyku. O 14'30 kończymy odcinek, a w oddali słychać nadciągającą burzę. Przeczekujemy deszcz w samochodzie i zastanawiamy się czy robić dogrywkę. Z powodu ciepełka i duchoty zaczynamy ziewać, ale postanawiamy jeszcze trochę pochodzić po następnym odcinku. O 16'20 szturmujemy rzekę ponownie, jednak po burzy już jakoś cicho. Ale to tylko pozory! w Połowie odcinka kiedy to szedłem kilka metrów za tatą zobaczyłem, że jego kij gnie się po rękojeść! Masz! Mam coś dużego! Chwytam za aparat i robię foty, ale czy wyjdą to nie wiem bo z nerwów źle go ustawiłem. Po emocjonujący holu zakończonym z moja pomocą następuje chwila niepewności? Ile może mieć? 54 cm !!! Wziął o godzinie 17'20 na moją pożyczona obrotówkę. Robię kolejne fotki, z których pewnie część też będzie do bani, ale niektóre zrobiłem prawidłowo. Łowimy jeszcze do godziny 18 i kończymy bo kolejna burza już wisi nam nad głowami. Oj działo się dzisiaj...

Poniżej fotki mojego 43,5cm.

 

 

A teraz fotki z holu taty pięćdziesiątki.

Oto on.

 

20 maj. Czyżby to był kolejny dzień pstrąga! Tym razem tato sam był nad wodą i dwukrotnie skoczyła mu adrenalina po kontaktach z pięćdziesiątkami. Pierwsza wyskoczyła do srebrnej obrotówki, a druga do woblerka. Obie jednak się nie zacięły, a powtórzyć tym bardziej nie chciały. Oprócz tego miał jedno skubnięcie i branie być może jakiegoś większego pstrąga. Już się upomniałem, że te miejsca następnym razem to ja pierwszy będę obławiał :)

 

25 maj. Ten dzień nie wyszedł nam pod względem organizacyjnym. Nad wodą jesteśmy przed 10 no i okazuje się, że pierwszy odcinek jest zajęty. Jedziemy na drugi i zanim dochodzę do miejsca od, którego będę schodził w dół jest już 10'30. A jak wyniki? Ja zaliczyłem 9 kontaktów i być może jeden mógł mieć wymiar, a tato łowiąc z bólem głowy i bez przekonania no 0. Po południu zrobił się 30-to stopniowy upał i mieliśmy już dosyć.

 

27 maj. Dzisiaj tato próbował zapolować na upatrzone pięćdziesiątki, ale przeliczył się. Zaczął łowić ok godziny 14 i zaliczył tylko dwa brania. Woda po nocnych opadach lekko się trąciła, ale widać na nich nie zrobiło to wrażenia.

 

01 czerwiec.  Ten wpis jest w sumie przypadkowy:) Pojechaliśmy za lipieniem, bo to oczywiście otwarcie sezonu, no i trafił się na nimfkę wypasiony trzydziestaczek o długości 35cm. Więcej przygód z kropkami nie było.

 

19 czerwiec. Jak fajnie pojechać sobie w środku tygodnia na ryby! Nad wodą jesteśmy przed ósmą i od razu zabieramy się do boju. Chwila łowienia i już pierwszy kontakt z małym pstrągiem, a za chwilę lipek 36 cm. Wracam do łowienia i po pewnym czasie mam znowu pstrąga, ale tym razem 32,5 cm. Szybka fotka i wraca kropkowaniec do wody. Dwa następne hole lipieni kończą się niepowodzeniem. Pierwszy z nich mógł mieć około 40 cm, a drugi do 35 cm. I nagle koniec brań. Tato jakiś czas później stoczył pięciominutową walkę z wielkim lipieniem, ale ten miedzy kłodami robił co chciał i w końcu się wypiął. Kończymy o godzinie 15, bo zapowiadany deszcz właśnie zaczyna padać.

 

19 lipiec. O 8 rano byliśmy nad Kwisą. Tato poszedł z nimfkami za lipieniem w dół rzeki, a ja za pstrążkiem w górę. Woda po ostatnich opadach lekko przymglona i minimalnie opada. Zaliczyłem 23 kontakty z pstrągami, ale żaden z nich nie był wymiarowy. Próbowałem dostrzec jakiegoś lipienia i też nic. Po skończeniu odcinka pojechałem po tatę w umówione miejsce, on zaliczył lipka 32 cm. Jedziemy na inny odcinek. Tam zanim rozłożyłem muchówkę postanowiłem przejść kawałek ze spinem, a efektem tego były kolejne trzy brania małych pstrągów. Pozdrawiam muszkarzy, którzy mnie rozpoznali pod mostem na autostradzie.

 

30 lipiec. Wstaliśmy razem z rana o 5’30, tylko że je do pracy, a tato na ryby. Zabrał ze sobą tylko muchówkę, ale jak to czasem bywa zamiast lipa pstrąg na końcu kija się zwija. Na jednym z przewężeń, po tym jak z pomiędzy dwóch kamieni złowił kardynała 40 cm  zaczął obławiać rynnę drugi raz i wyjął pstrąga 35 cm. Było jeszcze coś trzeciego, ale skończyło się na braniu.

 

<< Powrót

P.Szymanik@poczta.fm  lub tel. 605-469-801 lub SMS
© Szymanik 2000 - 2003